Każdy ma jakieś lęki? Każdy ma jakieś fobie? No tak! Tym bardziej, gdy poród zbliża się wielkimi krokami…

– Luby, ej, Luby- szturcham śpiącego męża.

– Co?

– Wody mi odeszły, musimy jechać do szpitala.

– Ok.- i śpi dalej…

– Luby, wstawaj, nie wkurzaj mnie. Mówię Ci, że wody mi odeszły. Rusz dupę i jedziemy do szpitala.

Luby wstaje, bez większego przekonania, zabiera przygotowane przeze mnie już miesiąc temu torby. Jakiś taki obrażony na mnie, że w ogóle mam czelność go budzić z tak błahego powodu.

Jedziemy w ciszy.

– Ty! Nie powiedzieliśmy rodzicom, że jedziemy. Żeby pilnowali Młodego! Zadzwonię do domu.

Wykonałam telefon, poinformowałam mamę. Ona bez jakichś większych emocji powiedziała, że Młodego przypilnuje i żebym się trzymała. Czułam ogromny niepokój. Jakoś dziwnie mierzwiło mnie w brzuchu- uczucie nie do opisania. Na dodatek miałam wrażenie, że jestem z tym wszystkim całkiem sama. Nikt specjalnie się nie przejmował moim aktualnym stanem. A przecież zaczęłam rodzić!!!!!!!!

Dotarliśmy do szpitala. Na miejscu była położna, z którą się wcześniej umówiłam. Zbadała mnie. Stwierdziła, że nic się nie dzieje. Żadnych skurczów, zero rozwarcia. Po konsultacji z lekarzem zadecydowała, że podadzą mi kroplówkę.

Przebrałam się w piżamę. Masakra, nawet nie wiedziałam, że mam taką okropną piżamę. Jaskrawo żółtą! Z żyrafą! Ale moment! Gdzie jest Luby…?

– Wie pani co- zwracam się do położnej.- mogę iść poszukać męża? Na pewno gdzieś jest w pobliżu.

Zgodziła się. Ja, z kroplówką, spacerowałam korytarzem, szukając męża w każdym możliwym miejscu. Ból był coraz większy. Momentami nie byłam w stanie ustać na nogach. Osuwałam się w dól i słyszałam tylko krzyki położnej z drugiego końca baaaaardzo długiego korytarza, żebym tylko nie parła! Z każdym krokiem było mi coraz ciężej. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tak szybko to postępuje przy drugim porodzie. Przy Młodym czułam się jakoś kompletnie inaczej. Wszystko szło wolniej.

Męża nie znalazłam. Wróciłam na salę porodową, znalazłam w torbie telefon i zadzwoniłam. Luby odebrał. Okazało się, że pojechał do domu po laptopa, żeby się nie nudzić jak będzie czekał. I że wróci za pół godziny! WTF?! Żeby się nie nudzić?! Jezu, co za koleś. Za kogo ja wyszłam…

Zaczęłam czuć, że dziecko napiera coraz bardziej. Nie miałam już siły. Tak bardzo chciałam mieć to już za sobą. Nagle okazało się, że coś jest nie tak… Gwar, ruch wokół mnie. Słyszę tylko coś o cesarskim cięciu. Że nie zdążą znieczulać. Tną na żywca. „Co do cholery”- pomyślałam. Byłam tak zmęczona, że nie wszystko do mnie docierało. Widziałam całą akcję jak przez mgłę. Moment! A gdzie jest Luby? Dlaczego go nie ma? Zaczęłam go wołać. Bardzo głośno. On wpada zdenerwowany. Ale tylko na chwilę. I krzyczy:

– Żyjesz?! Bo oglądam najnowszy odcinek „Gry o tron” i nie chcę teraz przerywać…

Chce mi się płakać. Nagle widzę, jak lekarz bez żadnego znieczulenia zaczyna ciąć mój brzuch.

– Boże, nieeeeeee…..!!!!!!!!!

I w tym momencie dostałam jakichś drgawek. Zamknęłam oczy. Słyszę jakiś głos.

– Hej! Hej! Co się dzieje?! Obudź się! Kobieto!

Otwieram oczy. Jestem cała mokra. W swoim pokoju, na swoim łóżku. Widzę zdziwioną twarz Lubego. Patrzył na mnie jak na wariatkę.

– Coś Ci się śniło chyba. Uspokój się, bo obudzisz Młodego w drugim pokoju.

– Jesteś beznadziejnym mężem!- wykrzyczałam do niego.

Odwróciłam się na drugi bok i postanowiłam spróbować zasnąć jeszcze na chwilę. Co za koszmar. To wszystko przez te lęki!